sobota, 15 września 2018

Rozdział 1


Raz, dwa, trzy. Raz, dwa, trzy. Palce same wystukiwały dobrze znany rytm o kamienną posadzkę.
– Hugonie.
Raz, dwa, trzy.
– Hugonie, obiad nam się spóźnia.
Hugon nie zareagował, znikając w jakiejś dziurze. Prawdopodobnie w dziurze; chociaż oczy od dawna miał przyzwyczajone do mroku, kąty celi ginęły w czerni. Prawdziwej czerni – nieprzeniknionej, absolutnej, doskonałej.
Tej czerni, której się bał.
– Hugonie, jesteście tu?
Raz, dwa, trzy, raz, dwa... Przymknął oczy, cicho wzdychając. Krawędź deski, która miała służyć mu za łóżko – podobno sam Jego Wysokość pan ojciec zażądał dla niego tej niezwykłej wygody – boleśnie wbijała mu się w kark. Mógłby na niej usiąść, prawda, ale najpierw musiałby wstać, czyli musiałby się dźwignąć na nogi, czyli nimi ruszyć, czyli podnieść łańcuchy, czyli...
Raz, dwa, trzy. Łatwiej zostać na tym stosiku gnijącej słomy.
– Hugonie – Silił się na uprzejmy ton. – bądźcie tak mili i sprawdźcie, co z naszym obiadem. Nie słyszę strażnika.
Hugon tylko najbezczelniej na świecie zachrobotał gdzieś z lewej strony. Najwyraźniej sprawa – nawet jeśli chodziło tylko o namierzenie małej, metalowej menażki pełnej brei, na sam zapach której żołądek zwijał się w supeł – wymagała użycia całej mocy autorytetu. Zdecydował się na francuski, język dyplomatów.
– Hugonie de Skjoldhøj, kawalerze Orderu Zgrzytającej Zasuwy, my, Hans Westergård, z Bożej łaski hrabia Nasturii*, prawowity syn Jego Wysokości Eryka Westergårda, siódmego tego imienia, króla Południowych Wysp, i Jej Wysokości Adelheid von Wettin, saksońskiej księżniczki, potomek Haralda Krwawego Topora, pierwszego tego imienia, trzynas... – Zawahał się. Nie, przecież Sigmund był katolikiem. – dwunasty w kolejce do tronu dziedzic Południowych Wysp nakazujemy wam zbadać, dlaczego nasz obiad się spóźnia. W imię Boga, ruszajcie.
Wykonał omdlewającą ręką znak krzyża i zastanowił się przez chwilę. Cisza ze strony Hugona była bardzo wymowna.
– Przecież to tylko formułka, Hugonie. Bóg nie istnieje.
Nadal cisza. Ukrył twarz w dłoniach. Jego bracia mieli rację – upadł bardzo nisko. Bo jeżeli rozmawianie ze szczurem w twierdzy Skjoldhøj nie było dnem, to Hans nie wiedział, co było.
Może po prostu to dla niego najwłaściwsze miejsce – dno. Zawsze kończył na dnie.
– Nie każdy się rodzi, aby wygrywać, Hugonie – rzucił sentencjonalnie. Było zadowolić się Nasturią.
Zadowolić się ochłapem.
Hans doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że życie nie jest sprawiedliwe i niektórzy mają więcej szczęścia od niego. Taki Wilhelm – Wilhelm, który był w czepku urodzony, robił świetną karierę w wojsku, wszyscy go uwielbiali i nawet Jego Wysokość pan ojciec spoglądał na niego łaskawszym okiem, chociaż to tylko jeden ze zbyt licznych owoców drugiego małżeństwa. Nie wspominając już o Idealnym Następcy i wiernej kopii Jego Wysokości pana ojca, który pewnie nawet nie pamiętał, jak Hans ma na imię.
(kto wie, może niedługo sam Hans nie będzie tego pamiętał)
Raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy. Nawet nie zauważył, kiedy znów zaczął stukać o posadzkę.
– Płynie czas, liczę dni, co minęły daremnie...
Nieco schrypnięty głos odbił się od ścian, powtarzając niewyraźnie „...mnie”, jakby kpił z jego samotności.
 Hans znów zamknął oczy. Gdyby mógł chociaż zwariować, zapomnieć, kim jest i co tu robi, i – na co czeka... a właściwie, na co nie czeka. Wyrok wciąż nie zapadł, ale Hans nie był głupcem i wiedział, że proces będzie odraczany w nieskończoność, dopóki problem nie rozwiąże się – uśmiechnął się gorzko – samoistnie. Też by tak zrobił na miejscu Jego Wysokości pana ojca.
Powolne umieranie wśród szczurów, smrodu i robactwa. Kto wie, co gorsze – to czy topór.
– Jak myślicie, Hugonie? Topór – dodał po chwili cicho, w zamyśleniu. Topór to definitywny koniec. A tak – może – jakoś... O! Może Niels jeszcze o niczym nie wie, może dopiero za kilka dni zawinie do portu, a może nawet właśnie błaga Jego Wysokość pana ojca o łaskę dla Hansa...?
Niels.
Zawsze w granatowym, admiralskim mundurze, zawsze – a przynajmniej gdy Hans był dzieckiem – z kilkoma przemyconymi karmelkami dla najmłodszego brata. Pogodny Niels o życzliwym spojrzeniu miodowych oczu i pobłażliwym uśmiechu. Nauczył Hansa pływać.
(a przynajmniej reagował, gdy Karl i Rufus próbowali Hansa podtopić)
Jeśli Hans mógł jeszcze na kogokolwiek na tym świecie liczyć, to właśnie na Nielsa. Może go chociaż odwiedzi.
Hugon drwiąco zachrobotał.
I co, przyniesie karmelki?
– Przymknij się. – Złudzenia to wszystko, co mu zostało. – Nic nie rozumiesz, głupi szczurze, nic.
Na korytarzu w końcu dalekim echem odezwały się pierwsze kroki strażnika (od zakrętu korytarza do jego celi było ich dokładnie trzydzieści sześć), ale Hans nawet nie drgnął. Chciał zdobyć koronę, to wszystko. Pozbyć się łatki nieudacznika, który miał szczęście, że w ogóle się urodził. (Tap, tap, tap, kolejne prostackie tąpnięcia, coraz bliższe). Przekreślić raz na zawsze plotki o matce, udowodnić, że w jego żyłach naprawdę płynie krew Westergårdów. (Tap, tap). Przestać łasić się, skomleć u stóp ludzi znaczących coś w świecie, przestać grzać się w blasku cudzej chwały. (Jeszcze trzynaście kroków). I w końcu – słyszeć, jak jego bracia dławią się mówiąc Wasza Wysokość.
Potężny huk przywrócił go do rzeczywistości. Jakby ktoś z całym impetem wpadł na drzwi, aż jęknęło drewno. Nieprzyjemny dreszcz przemknął mu wzdłuż kręgosłupa; być może cela obok wcale nie była pusta, a odległe kroki nie należały do tego strażnika. Nie chciał wiedzieć, nie chciał o tym myśle...
Łup! Hans aż podskoczył. Znowu, bardziej brzęcząco-dzwoniąco, metal uderzył o kamień. Korytarz, to musi być korytarz! Strażnik upuścił menażkę...?
Kolejne łupnięcie – zadzwoniły kraty – szamotanina, stłumione przekleństwo, jakieś bulgotanie – co tam się dzieje? Huk, przytłumiony. I znów cisza. Hans podpełzł bliżej drzwi, nasłuchując. A nie, nie. Nadal kroki – ale inne. Ciche. Ostrożne.
Hansowi zaschło w gardle.
– Bjørn? – zapytał głośno. W końcu teraz prawie każdy miał na imię Bjørn. – Bjørn, to ty?
Kroki. Coraz bliżej.
– Co się dzieje? – Rozpaczliwie uderzył pięścią w drzwi. – O co chodzi? Kto tam jest?
Kroki ustały.
Hans wstrzymał oddech.
– Qui êtes-vous? Vestehrgahrde?
Głos był pewny, męski i zdecydowanie nie należał do Bjørna.
Hans zamrugał. Nie. Nie. Jak...?
Człowiek pod celą – Francuz – Francuz tutaj – zniecierpliwił się.
– Vestehrgahrde?
– Tak – wychrypiał Hans, może odrobinę zbyt gwałtownie. Ostatecznie, podjął w życiu wiele gorszych decyzji. – Tak, Westergård. Kim je...
Metalowa zasuwa zgrzytnęła, zanim zdążył skończyć. Hansa zalała światłość. Zmrużył oczy, widząc tylko, jak ciemna sylwetka odruchowo cofa się na korytarz, uderzona przeraźliwym smrodem.
Francuz potrzebował dwóch sekund, żeby się przemóc.
– Mamy dwadzieścia minut, zanim przejdzie następna warta i ogłosi alarm  – Przykucnął przy Hansie i chwycił za kajdany. – Posterunki w podziemiach uśpione, powinniśmy przejść gładko. Na górze czeka nasz człowiek. Będziecie w stanie iść?
Mówił bardzo szybko, nie przestając manewrować kluczem przy kajdanach. Hans najpierw pokiwał, a potem pokręcił głową, zbyt zajęty wpatrywaniem się w rozkuwane okowy. Każdy metaliczny zgrzyt rozbrzmiewał podniosłym tonem hymnu wyzwolenia.
Brzdęk i brzdęk; łańcuchy opadły. Alleluja, alleluja, Westergård zmartwychwstał!
– Oprzyjcie się na mnie, na trzy spróbujecie wstać. – Francuz niecierpliwie przesunął kajdany nogą. – No, raz... dwa... trzy.
Świat rozmazał się i zawirował, a potem zaczął migotać różnobarwnymi plamami. Pod Hansem ugięły się kolana.
– Spokojnie. – Francuz nadal go mocno trzymał. – Spokojnie. Spróbujcie zrobić krok.
Hans wziął głęboki oddech, dopiero teraz zauważając, jak kurczowo zaciskał ręce na rękawie Francuza. Natychmiast go puścił.
Krok. Zrobić krok. Przecież to nic trudnego.
Powoli przeniósł ciężar ciała na własne nogi; Francuz już go tylko podtrzymywał, prawie puszczał, tak, tak, bien, très bien, teraz zróbcie krok. Noga do przodu, przesuńcie nogę, łapie was skurcz?
Przesunął nogę.
Stanął.
Stał.
Absolutnie, niepodważalnie stał.
– Chodźmy. – W głosie Francuza ulga mieszała się z niepokojem. – Mamy coraz mniej czasu.
Wyszedł na korytarz. Hans – sztywny, zdrętwiały i uroczysty – pokuśtykał za nim, po raz pierwszy od pięciu tygodni opuszczając swoją celę.
Kilka kroków dalej zobaczył pierwszego trupa.
Och, Bjørn.

***

Morze zdawało się kołysać „Wesołą Małgorzatkę” do snu, co jakiś czas łagodnie pluszcząc. Rolf, nonszalancko przechylony przez nadburcie na pokładzie rufowym, zgrzytnął zębami. Jeszcze nigdy nie czuł się tak upokarzająco bezużyteczny.
Załoga przemykała na palcach, cicho między sobą szepcząc w tym swoim prostackim, portowym żargonie i starając się jak najmniej wchodzić Rolfowi w drogę. Wuj Mads z kolei przepadł w kajucie razem z tym przygłupem, Lemairem; pewnie dogadywali kolejne nieistotne szczególiki swojego wspaniałego planu.
Rolfa, oczywiście, na tę naradę nie zaproszono. Bo, oczywiście, wbrew zapewnieniom wcale nie był głównodowodzącym tej wyprawy, która – co gorsza – z wolna zaczęła tracić wspaniały posmak Przygody.
I wszystko przez wuja Madsa.
Zapatrzył się chmurnym wzrokiem na horyzont. Dzisiaj zmierzch szybko zapadał; noc zapowiadała się ciemna. Przynajmniej tak twierdził Prowansalczyk, a za nim wuj Mads, Lemaire i pół załogi. Rolf ze złością splunął w wodę. Gdyby to od niego zależało, żaden wszawy Francuzik nie dostałby się na ten statek.
Przechylił się przez burtę jeszcze mocniej, wytężając wzrok. W oddali migały światła Skjoldhøj; zdawało mu się, że może rozróżnić zarys kolejnych pięter i okien twierdzy. Na pewno byli już w środku, prawdopodobnie już nawet znaleźli ojca i Westergårda. A kto wie, może już płynęli w ich stronę? Nie był pewien, ile minęło czasu; tutaj minuty ciągnęły się jak płynny karmel.
(Rolf nienawidził płynnego karmelu)
A jeśli im się nie uda? Plan wuja Madsa był skomplikowany. Rolf, o!, on by to zrobił inaczej. I może jeszcze będzie musiał, bo przecież starczyłoby jedno potknięcie, żeby drobiazgowo opracowaną strategię diabli wzięli. A wtedy, wtedy nadejdzie Czas Rolfa, wtedy zrozumieją, że powinni go od początku słuchać, z radością i wdzięcznością przyjmą jego Wspaniałomyślną Pomoc, a o jego Brawurowej Akcji Ratunkowej będą opowiadać przez pokolenia.
Już widział oczami wyobraźni, jak – nie bawiąc się w żadne podchody – wpada na czele Dzielnej Drużyny do Skjoldhøj, bierze szturmem główną bramę i sieje Strach i Zniszczenie. W czarnym, aksamitnym ubraniu (koniecznie musi sobie sprawić wams z czarnego aksamitu), kapeluszu z szerokim rondem i rapierem ze stali damasceńskiej będzie wyglądał jak bóg zemsty. Przeleci jak błyskawica przez korytarze prosto pod celę ojca, gdzie będzie na niego czekał kapitan straży Skjoldhøj i stoczą Pojedynek na Śmierć i Życie (Rolf pokona kapitana, ale litościwie daruje mu życie, ale gdy tylko obróci się do niego plecami, tchórz zada mu zdradziecki cios, ale Rolf będzie szybszy i zabije go jego własną, plugawą bronią). A potem, potem oswobodzi ojca, odnajdzie Westergårda, a na sam koniec wybawi czterech niedoszłych oswobodzicieli z Prowansalczykiem na czele (wpadnie ich uratować dosłownie w ostatnim momencie, gdy Prowansalczyk będzie się wił na katowskim pieńku, mazgaił i błagał o litość).
Całe Południowe Wysypy usłyszą o jego odwadze. Rolf Karstensson Dalgård, zwany Czarnym Rolfem, którego Czyny opiewają Pieśni.
Czarny Rolf, tak, to będzie dobre. Aż się uśmiechnął pod nosem, rozkoszując się brzmieniem tych dwóch słów. Czarny Rolf.
– Nad czym dumacie, mój bratanku? – Obok Rolfa niespodziewanie wynurzył się wuj Mads.
Rolf skrzywił się nieznacznie. Czy on zawsze musiał przychodzić nie w porę?
– Tak sobie, wuju. Ciemna dziś noc – dodał po chwili leniwie, z miną światowca.
– Istotnie. – Wargi wuja Madsa drgnęły, ale się nie uśmiechnął. Wuj Mads rzadko się uśmiechał. – Przyszedłem po was, mój bratanku, abyście zeszli ze mną na fordek**.
– Po co, wuju?
– Odebraliśmy sygnał. Płyną.
Rolf wybałuszył oczy. Więc to, co wziął za migotanie okien twierdzy...?
Niech to wszyscy diabli. Znów odebrano mu szansę, aby się wykazał.

***

Szli w ciszy, ze słuchem napiętym do granic wytrzymałości. Cała ponura twierdza była jednak pogrążona w milczeniu; wszelkie dźwięki zdawały się odległe, przytłumione, jakby dochodziły z zaświatów. To było najbardziej przerażające: martwa cisza Skjoldhøj.
Hans czuł się, jakby śnił.
– Prawie jesteśmy – powiedział Francuz półgłosem; Hans drgnął i obejrzał się nerwowo. Głos Francuza wydawał mu się rażąco realny, żywy, niemal uchwytny – tutaj brzmiał jak zbrodnia. Mimo tego korytarz za ich plecami pozostał kojąco pusty.
Poza tym wiedział, że już prawie są; pamiętał, jak wyglądają słynne skjoldhøjdzkie podziemia. Przebywał tę drogę w myślach tak często, że mógł odtworzyć każdy kamień, każdą szczelinę, każdą kroplę wody spływającą po murze.
Przy schodach spotkali kolejną wartę. Jeden strażnik siedział, oparty o ścianę, z bezwładnie zwieszoną głową; drugi leżał obok w kałuży własnych rzygowin. Hans odwrócił wzrok. W jakiś irracjonalny sposób czuł się winny.
Nieważne. Teraz powinien po prostu starać się przeżyć.
Schody były bardziej strome, niż zapamiętał. Klapę na górze zastali zamkniętą.
– Zaczekajcie tutaj – szepnął znów Francuz. – Nie wychodźcie, dopóki po was nie wrócę.
Hans krótko kiwnął głową. Nie miał szczególnego wyboru.
Francuz uchylił klapę i zniknął w smudze światła; Hans dopiero teraz zwrócił uwagę, że był ubrany w mundur wartownika. Jak to zrobił? I – kim był? Kim był?
Kolejnym żartem Karla?
Odetchnął głęboko. To niedobra pora na takie pytania.
Wilgotne ściany pulsowały przenikliwym zimnem. Skjoldhøj zdawała się karmić ludzkim ciepłem – ogromna, kamienna pijawka, opita krwią i strachem. I jeszcze ta upiorna cisza korytarza, rozrywająca uszy na strzępy, uśpieni – martwi? – strażnicy u stóp schodów, pusto, tak cicho, cicho, cicho...
Zawiasy klapy zajęczały żałośnie.
Ale oczom Hansa wcale nie ukazał się Francuz. Ogromny, zwalisty drab o fizjonomii drwala wypełnił sobą całą wolną przestrzeń nad Hansem.
– Do beczki – charknął po duńsku.
?!
Hans, przyklejony plecami do ściany, oddychał płytko jak wystraszony królik.
– Nakurwiaj do beczki, już!
– Chodźcie – Zza pleców drwala wychylił się Francuz, sugestywnym gestem wskazując stojącą obok niego pustą beczkę. – Szybko.
Zanim Hans zdążył zrozumieć, co właściwie się dzieje, kulił się już w drewnianej beczce wśród oparów wina. Siedział w beczce i zatracał się we własnym siedzeniu, sam stawał się beczką, rozmywając granice istnienia w esencji beczkowatości, w kwaśnym zapachu wina, w zdrewniałym powietrzu. Współ-tworzył i współ-odczuwał beczkę, był beczką i był brakiem beczki, jej wewnętrzną pustką, jej doskonałym wydrążeniem i jej środkiem, osią, jądrem – jądrem ciemności.
Ale świat nie był łaskawy beczce; rzucał nią, chybotał i kołysał, a Hans-beczka rzucał się, chybotał i kołysał razem z nią, zespalając się w pierwotnej harmonii, która u zarania dziejów łączyła prabyt beczki z prabytem człowieczym. Subtelne prądy psyche beczki burzyły się, gdy odczuły brutalne odepchnięcie – równo, chłopcy, równo! – i beczka-Hans, Hans-beczka się burzył, i chłonął, i drżał, i był cały chłonięciem i drżeniem, aż do zatracenia słodkiego i dziwnego – stać! kto płynie? – gdy białoskrzydłe ławice boskich beczek płynęły żyłami jego deszczułek, przypominając czasy rozkoszne, gdy świat idej i beczek był jednością ze światem ludzkim. Jednak nawet teraz, gdy brutalna rzeczywistość dążyła do nieuchronnej niedoskonałości, gdy od beczkowego absolutu oddzielały ją kolejne hipostazy – przecież to Bjerre, przepuśćcie go – a ordynarna materia wypaczała doskonałe idee beczek, tworząc ich żałosne karykatury, musiała przecież istnieć nadzieja dla tego świata, nadzieja powrotu do idylli beczek...
Nagły podmuch świeżego powietrza. Hans podniósł wzrok; zdjęto pokrywę z beczki.
Widział niebo.
Niebo.
Do oczu napłynęły mu łzy.
– Czemu wy dużo czasu na dole? – Drwal brzmiał, jakby był niezadowolony.
Sous le ciel de Paris s’envole une chanson, mhm-mm... Po policzku Hansa spłynęła pierwsza łza, a za nią następna i następna.
Pod niebem Paryża ulatuje piosenka...
– Na dole był trzeźwy strażnik, musiałem...
– I co? To jest bardzo trudne? – Przy z lekka południowym, przyjemnie chropowatym akcencie Francuza zduńszczona francuszczyzna drwala brzmiała groteskowo.
– Co z resztą? – Francuz starał się nieudolnie stłumić irytację. – Wypłynęli?
– Tak, tak, wszystko jest... godt. Robicie światło.
Woda plusnęła, Hansem zakołysało. Usłyszał trzask krzesiwa.
– Płyniemy szybko – oznajmił znowu drwal. – Oni mogą widzieć, co jest na dole. I oni robią alarm.
Regularny plusk przybrał na sile. Hans poprawił się trochę w beczce i szybko przetarł twarz. Pora się obudzić. Wypłynęli łódką – pewnie przez boczną bramę, zaopatrzeniową – dobrze, to by się zgadzało. To musiał być dzień dostawy wina, puste beczki pewnie oddawano; były drogie. Światło, pewnie jakaś latarenka, w porządku, jest ciemno. Tylko co planują teraz?
Nie odważył się zapytać. Wsłuchiwał się tylko w pluskające wiosła i co jakiś czas nieśmiało zerkał w górę, na niebo – piękne, granatowe, nocne.
Plusk, plusk, plusk.
Pluuusk.
I głuche uderzenie.
– Mocno wiązać! – zawołał drwal, jakby zupełnie odruchowo, po duńsku. – I ciąąąg-nij!
Francuz wymruczał pod nosem coś, co podejrzanie przypominało a-chuj-ci-w-dupę. Hans podniósł wzrok; ogromny, ciemny kształt majaczył nad ich głowami. Statek!
Statek. Niels. Ojciec. Poczuł, jak nagle zaczyna brakować mu tchu.
Gdzieś w jego głowie rozległ się szyderczy śmiech Karla.
Łódź, chybocząc się niepewnie na linach, powoli przesuwała się w górę. Hans zacisnął powieki. Serce waliło mu w piersiach, w skroniach czuł tępe pulsowanie. Ojciec. Karl. Ojciec. Wilhelm. Ojciec. Niels. Ojciec. Kolejne twarze nakładały się na siebie, zastygając w końcu w posągowych rysach Jego Wysokości Eryka VII Westergårda, wykrzywionych w pełnym niezadowolenia grymasie.
Jesteście naiwni, Janie. Zawiodłem się.
Zawiedliście, Hansie Erikssonie.
Zawiedliście.
Znowu.
– Uwaga! Razem!
Z trudem uniesiona beczka ciężko łupnęła na pokład. Czyjeś ręce sięgnęły po Hansa i już zaraz stał – stał – na deskach pokładu, deskach z drewna, pod wspaniałym baldachimem nocnego nieba, odurzony świeżym powietrzem i zapachem wody morskiej. Zatoczył się; ktoś go podtrzymał.
Lekki podmuch powietrza musnął Hansa po twarzy. Wiatr! Sól, woda, noc i gwiazdy, i wiatr, chwała tobie, wietrze, sieroto świata, ulubieńcze losu, gloria, gloria in excelsis eoli!
Pomyślał, że zaraz zacznie płakać ze szczęścia.
– Raduję się, widząc was w dobrym zdrowiu, Wasza Miłość.
Hans drgnął silnie. Czar prysł.
Znów był tylko obdartym, wyczerpanym uciekinierem, którego nagle otoczyły obce twarze.
– Dla naszego ukochanego brata los był mniej łaskawym. – Jedna z postaci, dotychczas pochylona przy innej, wyprostowała się powoli. Hans zmrużył oczy, zanim w mdłym blasku latarenek rozpoznał tę twarz.
Najbardziej znienawidzoną twarz na całych Południowych Wyspach.
– Dalgård – wymruczał.
Mads Dalgård – więc pewnie u jego stóp siedział, zmizerniały i zmieniony niemal nie do poznania (ale Hans powoli przestawał mieć jakiekolwiek wątpliwości), stary Karsten Dalgård – nie usłyszał go jednak.
– Dziękuję wam, Bjerre – Skinął głową w stronę drwala i Francuza. – I wam, Prowansalczyku.
Hans zmarszczył brwi. Bjerre? Z tych Bjerrów?
Kolejny element układanki wskoczył na swoje miejsce. Jednego Hans mógł być już pewien: ani Jego Wysokość pan ojciec, ani żaden z Westergårdów nie miał z tym nic wspólnego.
– Zanim ośmielimy się zaprosić Waszą Miłość na skromny posiłek – Chociaż kolejne okrągłe formułki gładko wypływały z ust Dalgårda, ton pozostawał równie beznamiętny. Poza tym, moment. Wasza Miłość? – pozwolimy sobie przedstawić Waszej Miłości... Nasz umiłowany brat, Karsten Gunnarsson (nie wstawajcie, bracie, nie wstawajcie!)... Syn jego, Rolf Karstensson – Wysoki cień, stojący zupełnie z boku, skłonił się w sposób balansujący na granicy nieuprzejmości. – I kapitan tego statku, Pierre Lemaire.
Kapitan okazał się być miękko falującą bryłą mięsa o jowialnym uśmiechu i olśniewającej tuszy. Wyprostował się z wyraźną dumą.
– Wtamy na „Wsołej Młgrzatce”, Wsza Mść.


NASTĘPNY ROZDZIAŁ
(już wkrótce)

______________________________________________________________________
*OOC. W bajce Hans przedstawia się jako książę Nasturii, z czego Nasturia jest pojmowana jako królestwo. Zmieniłam nazwę ojczyzny Hansa na Południowe Wyspy (jak w anglojęzycznej wersji bajki) i zredukowałam jego tytuł do hrabiego Nasturii; w myśl zasady, że każdy królewski syn posiada jakiś tytuł, ale bycie księciem jest zbyt fancy dla najmłodszego syna.
**Fordek – pokład dziobowy.
No i właściwie w przypadku Duńczyków zamiast przyrostka -son powinnam była dać -sen (tzn. na przykład Karstensen zamiast Karstenson), ale dla ułatwienia sprawy dla wszystkich opkowych Skandynawów zostaje -son.

Kto zgadnie, jak wygląda wujek Mads? #hehe
Beczki wszystkich krajów, łączcie się!
(Btw Inés dostała nową piosenkę. Ofra Haza zamiast Cesarii Evory, ale wciąż Bregovic ♥)