wtorek, 13 września 2016

Rozdział 6.1

Jak tutaj pięknie.
Łąka rankiem wyglądała wręcz cudownie – trawa była niesamowicie wonna i zielona, drzewa – wysokie i smukłe, a gdzieniegdzie wyłaniały się białe główki roześmianych stokrotek. Modre niebo, z kilkoma puszystymi obłoczkami, rozświetlało słońce. Wszędzie rozlegał się świergot ptaków.
Jak gdyby tutaj trwała wieczna wiosna!
Rozglądał się w niemym zachwycie, nie mogąc pojąć, gdzie jest. Czuł się, jakby dopiero się urodził.
– Jak tam? – pisnął nagle znajomy głosik. Kamień przeturlał się do jego nogi. – Jak głowa?
– Głowa? – zdziwił się.
– Cadn’naeh zaraz będzie!
– Wspaniale – beztroski uśmiech rozjaśnił mu twarz. Uczucie oczekiwania było nadzwyczaj miłe. Wstał, odruchowo otrzepał się z niewidzialnych pyłków i poszedł wzdłuż łąki. Nie wiedział, dokąd, ale nie przeszkadzało mu to. Za nim powoli turlał się mały kamień.
Las wydawał mu się miejscem magicznym. Wszędzie mnóstwo światła, drobnych kwiatów, liści, ziół... I ten zapach!

...nie wiem, panie. Do znachora z nim trza, mamy takiego jednego...

Potrząsnął głową. Obca, pochodząca z innego świata myśl wyparowała. Zapomniał o niej prawie natychmiast.
– Cadn’naeh zaraz będzie! – pisnął znowu kamień, wyraźnie podekscytowany.
– Tak! – przytaknął ze śmiechem.
Nic go nie dziwiło.
Gdy doszedł do kolejnej polany, jego oczom ukazała się grupka niezwykłych istot skupionych wokół wielkiego ogniska. Wyglądali jak ludzie, jednak byli dalece piękniejsi, szlachetniejsi. Mieli długie, srebrzyste włosy i świetliste oczy. Elfowie! W białych płaszczach wyglądali bardzo dostojnie.
– Cadn’naeh! – piszczał kamień. – Zaraz się zacznie!
Ledwie go zobaczyli, zaczęli do niego machać i wołać. Spodziewali się go, na pewno! Pobiegł ku nim, śmiejąc się. Przyjemne oczekiwanie skończyło się, ale powitanie wydawało mu się równie miłe.

Słyszysz mnie? Słyszysz? Fahad!
Znów go tracimy. Ale jest jeszcze czas... Musimy czekać i mieć nadzieję.

Przystanął, ogłuszony. Co się dzieje? Przecież wszędzie było tak ślicznie, elfowie go wołali! Po chwili zła myśl przeminęła, jednak doskonała beztroska została naruszona.
Chciał podejść w kierunku elfów, ale nie był w stanie. Nadal stali w kręgu, olśniewający i wspaniali, ogień płonął, ale... Coś nie pasowało. Był pewien, że wcześniej ich było mnóstwo – dziesiątki osób. A teraz zlali się w dwanaście ponurych sylwetek, które przypomniały mu coś niedobrego.
Dwanaście sylwetek. Dwanaście męskich sylwetek!

...coraz częstsze przebłyski świadomości. Gorączka ustępuje. To dobrze wróży.

Polana niespodziewania stała się ciemna i nieprzyjazna, wszystkie kwiaty się schowały, ptaki zamilkły. Pełna napięcia cisza była wręcz namacalna. Znikąd pojawiła się mgła, ciężka jak kurtyna.
– Cadn’naeh... – szepnął kamień z nabożnym strachem. Ten szept spowodował, że nagle ogarnęło go przerażenie. Wiedziony instynktem rzucił się w stronę drzew. Tymczasem na polanę przybył jeszcze ktoś. Starzec o splątanych włosach i długiej brodzie, chudy, podpierający się kosturem. Za nim szli dwaj mali chłopcy, trzymając się za ręce.
– Cadn’naeh – powtórzył kamień jeszcze ciszej, niż wcześniej.
Starzec sunął prawie bezszelestnie, miękka trawa tłumiła jego kroki i uderzanie zakrzywionej laski o ziemię. Ogień trzaskał, pochłaniał kolejne szczapy, był coraz większy i gwałtowniejszy. Zgromadzeni stali bez ruchu, wpatrując się w płomień. Ich twarze powoli zaczęły tracić jakiekolwiek elfie cechy. Stawali się coraz szpetniejsi, coraz bardziej ludzcy.
Nagły wrzask starca rozdarł powietrze i trwał, narastając. Jego głos nie mógł należeć do człowieka – brzmiał dziko, zwierzęco, jak psi skowyt. Wtedy obaj chłopcy, jak na komendę, opuścili krąg i weszli do lasu. Jeden z elfów-nie-elfów w milczeniu podążył za nimi.
Starzec nie przestawał wyć.

Znów majaczy. Musisz coś zrobić, znachorze.
Nie jestem znachorem. Przynieś jeszcze zimnej wody, jeśli łaska.

Kolejna obca myśl wdarła się do jego mózgu jak bełt wystrzelony z kuszy.
Czuł, że chce uciec, ale nie może. Trwał jak sparaliżowany, nie mogąc oderwać wzroku od polany, od tych ludzi, od starca i wielkiego ognia.
– Jest głodny i zły – prawie nie usłyszał cichego głosiku. Kamień wciąż trwał u jego stóp. – Zaraz go nakarmią.
Nie był zdolny do wydania z siebie głosu, ryk starca przeszywał na wskroś. Nie mógł się ruszyć, nie mógł pokręcić głową, nie mógł przestać słyszeć i patrzeć.
Nakarmią go.
Chłopcy ponownie wyłonili się z lasu, trzymając w drobnych rękach naręcza zielska. Za nimi elf-nie-elf wlókł po ziemi ciemną, sponiewieraną postać. Gdy doszli do kręgu, z pomocą kilku innych rozciągnął ją na sporym, płaskim głazie. Bezwładna głowa raz po raz uderzała o ziemię.
Starzec raptownie zamilkł.
Chłopcy z namaszczeniem wrzucili zielsko do ognia. Płomień pochłonął je chciwie, ognisko zaczęło kopcić siwym dymem i śmierdzieć. Cisza, zakłócana jedynie trzaskiem ognia i oddechami zgromadzonych, była nie do zniesienia. W rękach starca błysnął nóż.
Polanę zalał straszny, wibrujący krzyk.

***

– Odzyskany!
Triumfalny okrzyk znachora rozniósł się po lesie. Azam poderwał się i jak burza wpadł do nędznego szałasu służącego znachorowi za dom.
Fahad wyglądał okropnie. Był cały mokry i drżał, a w podkrążonych oczach czaiło się przerażenie. Gdy jego wzrok, wcześniej błąkający się po suficie, napotkał znachora, Fahad przeraźliwie wrzasnął, a potem się zrzygał.
Azam momentalnie był przy nim.
– Cii – szepnął uspokajająco, mocno łapiąc rozdygotanego Fahada za rękę. – Już wszystko dobrze.
Fahad przestał krzyczeć, ale dalej się trząsł. Zerkał kątem oka na znachora, zaciskając rozpaczliwie dłonie w pięści. Znachor z kolei, omijając wzrokiem zabrudzoną podłogę, podał Fahadowi kubek z wodą.
– Zostaw nas samych... proszę – Azamowi z trudem przeszło to przez gardło. Nie polubił znachora instynktownie i wiedział, że nie potrafi tego ukryć. Jednocześnie Fahad zawdzięczał mu życie, co bezpośrednio przekładało się na życie Azama. O tym też nie mógł zapomnieć.
Znachor pokiwał głową i powiedział coś o psie do nakarmienia. Zostali sami.
– Oni... oni go zabili – szepnął Fahad, na zmianę blednąc i zieleniejąc. Azam próbował walczyć z zalewającą go pogardą. Jest słaby. Nie, to nie tak. Dworski piesek.
Kurwa, sam to znosiłeś niewiele lepiej.
– Kogo? – zapytał po chwili. Chciał wykrzesać z siebie choć odrobinę współczucia, naprawdę chciał.
– N-nie wiem. Nie zna... nie znam go – Fahad zamknął oczy. Kilka łez spłynęło mu po policzku. – Był... niski i taki... ciemny. Wy... Wydłubali mu oczy.
Znowu zatrzęsły mu się ramiona. Azam milczał. Żałosne. I co teraz? Uspokajać go? Może tak byłoby lepiej, przynajmniej dla Fahada. Ale z drugiej strony nie powinien się za bardzo angażować.
Ja tylko wypełniam rozkazy.
Tak naprawdę starego nie obchodziło, jak Azam sprowadzi Westerguarda do Cardony. Równie dobrze mógł go po prostu upić, znowu odurzyć rahkhai albo związać i zawlec jak psa. Wybór należał do Azama.
– Azam – Azam ocknął się z zamyślenia. Fahad znów miał otwarte oczy, powoli przestawał drżeć. – Azam, ty też to widziałeś? To... to było naprawdę?
Kurwa.
– Widziałeś? – powtórzył szeptem Fahad, natarczywie.
Azam odwrócił wzrok. Żeby to było takie łatwe.
– To były majaki, Fahad. Nie mogły być prawdziwe – odparł w końcu; tak spokojnie, jak tylko potrafił. Niemal kojąco.
– Ale czy...
– Nie mogę ci tego wytłumaczyć – Azam sam nie wiedział, że potrafi mówić tak ostrym, nieprzyjemnym tonem. Natychmiast się zreflektował. – Posłuchaj. Obiecuję, że gdy dostaniemy się w bezpieczne miejsce, wszystkiego się dowiesz. Nie ode mnie – zastrzegł szybko. – Ale od kogoś, kto widzi dalej i wie więcej. Wytrzymaj jeszcze trochę.
– Obiecujesz? – Fahad wyglądał na zrezygnowanego.
– Tak.
Stary będzie zachwycony.
Fahad głęboko westchnął, ale nie drążył tematu. Azam poczuł ulgę. Jeden problem mniej. A gdy tylko wydostaną się z Frankonii...
Gdy Fahad przez trzy dni leżał w malignie, Azam zdążył się zorientować, gdzie mniej więcej są. Mieli cholerne szczęście: nocny, szalony rajd po wsiach – po omacku, bez sensu, bez planu – zamiast zaprowadzić ich chuj wie gdzie, pozwolił im dotrzeć w pobliże granicy, na tereny wiecznych sporów między Frankonią a Navarrą. Nie były to spokojne okolice, jednak kim był Azam, żeby obawiać się walki? Nawet się cieszył; odpadły mu wszystkie problemy językowe. Tutaj każdy gadał po kastylijsku.
W każdym razie znajdowali się niedaleko od portu, gdzie powinien czekać statek. Niecałe sto kilometrów. Gdyby Azam jechał sam, dotarłby tam w ciągu jednego dnia. Ale Fahad... Azam przyjrzał się badawczo jego twarzy. Przynajmniej nie była już tak trupio blada.
– Jak się czujesz? – zapytał go. Spokojny ton dobrze działał na Fahada; widać było, że strach powoli słabnie.
– Fatalnie – przyznał Fahad z rozbrajającą szczerością.
– Będzie lepiej – Azam robił wszystko, aby brzmieć możliwie optymistycznie. – Gdy będziesz w stanie wsiąść na konia...
Fahad głucho jęknął.
–...to jesteśmy w stanie dotrzeć stąd w dwa dni do dużego miasta – ciągnął niezrażony Azam. – A tam będziesz mógł odpocząć w dużo lepszych warunkach.
– Nie chcę stąd jechać – sprzeciwił się słabo Fahad. – Jestem zmęczony.
– Nie będziemy nadużywać gościnności zna... zielarza. – Wstał. – Pewnie zaraz do ciebie przyjdzie. Idę zobaczyć, co z końmi.
Pytanie „Jaki zielarz?” już zignorował.
Ranek był dość chłodny – czuć było, że jesień zbliża się wielkimi krokami. Azam machinalnie skierował się za szałas znachora, gdzie pasły się zwierzęta. Właściwie nie miał nic do roboty; konie były już dawno wyczyszczone, a skoro Fahad odzyskał już przytomność, zostawienie go samopas nie było rozsądne. Żaden konny wypad nie wchodził w grę.
W Azamie powoli narastała chęć ucieczki, rzucenia wszystkiego w cholerę i pojechania gdzieś daleko. Nie nadawał się do takich zadań, mówił przecież!, nie chciał, jego miejsce było w Cardonie. Ale stary był upartym człowiekiem. Gdy zaczął swoją gadkę o zaszczycie i innych duperelach, Azam już wiedział, że nie będzie miał wyboru.
Niech go szlag.
Podszedł do karosza.
– Co tam, mały? – zagadnął go i poklepał po szyi. Koń uniósł łeb i zaczął węszyć mu po kieszeniach. – Nie mam nic dla ciebie.
Kary szybko stracił zainteresowanie kieszeniami Azama i wrócił do szczypania trawy. Azam usiadł obok niego, oparł głowę na dłoniach.
– Ja też jestem już zmęczony – powiedział cicho, trochę do karego, trochę do siebie. – Chciałbym już być w Cardonie.
W domu.
Koń trącił go łbem, trochę pocieszająco.
Przynajmniej on  mnie rozumie.
– Dzięki – mruknął i na chwilę zrobiło mu się jakby cieplej, ale po chwili przypomniała mu się jego Rodzynka. Być może było coś smutnego w tym, że za klaczą tęsknił bardziej niż za siostrą.
Nie myśl.
Skulił się i zapatrzył na szałas znachora.
Właściwie był to jednoizbowy, drewniany domek. Musiał mieć swoje lata – drewno już wyblakło, pewnie jeszcze trochę i zacznie próchnieć. Między belkami wydzierały liczne szczeliny; dach nosił ślady nieudolnych prób uszczelniania. Gdy zaczną się jesienne deszcze...
– Mogę przeszkodzić?
Ciało Azama reagowało samo. Miecz łatwo wyślizgnął się z pochwy. Tym razem jednak to był tylko znachor – zarośnięty, brudny, wyraźnie zaintrygowany.
– Zawsze przygotowany, co? – zapytał. Azam skrzywił się, schował broń i otrzepał spodnie. Nie spodobał mu się wyraz oczu znachora.
To był wzrok człowieka, który dowiedział się o czymś niewygodnym.
– Coś się stało?
– Z bronią w pogotowiu – Znachor pokiwał głową i przeczesał palcami szpakowatą czuprynę. Czekał chwilę na reakcję Azama, ale ten nie przerywał milczenia. – No, cóż. Twój przyjaciel wspominał coś o konieczności rychłego wyjazdu... Mogę zapytać, skąd ten pośpiech?
Znachor mówi po francusku?
Tego Azam nie przewidział.
– Chcę go przetransportować do ciepłego i suchego miejsca, zanim zaczną się deszcze.
– Macie jeszcze sporo czasu w takim razie – Znachor uśmiechnął się wyjątkowo paskudnie. – Chyba że coś innego zmusza was do pośpiechu.
Jeszcze nigdy zachowanie kamiennej twarzy nie wydawało się Azamowi aż tak trudne.
– Mam na względzie tylko zdrowie mojego przyjaciela – powiedział spokojnie i stanowczo. – Nic więcej.
– Zatem śmiem twierdzić, że podróż teraz jest nierozsądna.
– Pozostanie w przeciekającym szałasie również jest nierozsądne – odparował Azam.
– Jak uważasz – Złośliwy uśmiech nie schodził z twarzy znachora. – Ach, jeszcze jedno. Myślałem, że rahkhai jest zakazane. Dasz mi namiary na handlarza? Nie? Cóż. W takim razie bywaj.
Obrócił się na pięcie i odszedł w stronę szałasu, pogwizdując wesoło. Azam ze świstem wypuścił powietrze.
Kurwa mać.
***

Trzeciego dnia Fahad poczuł, że dłużej nie wytrzyma i musi powiedzieć. Po prostu musi.
Akurat padało; lekki deszczyk zmusił Zielarza do opuszczenia szałasu i sprawdzenia stanu jakichś dziwnych roślin, których nazwy Fahad nie pamiętał. Albo nawet nie znał. W tym momencie wydawało mu się to najmniej ważne. Musi powiedzieć.
– Ekhm.
Łudził się, że odchrząknięcie zwróci na niego uwagę Azama, jednak nic to nie dało. Azam nadal gapił się w zabrudzone okno, zamyślony, nieobecny. Ostatnio często mu się to zdarzało. Właściwie stanowiło to miłą odmianę po nieustannym warczeniu na wszystko dookoła.
– Ekhm. Azam. Ej, Azam. Azam!
– Słucham.
– Wierzysz w sny?
– Co?
Fahad był zdeterminowany. Muszę powiedzieć, muszę, muszę, muszę.
– Czy wierzysz w sny?
Odpowiedź go zaskoczyła.
– Tak. Wierzę. O co chodzi?
– Bo... śniło mi się.
– Co?
– Zielarz. On mnie... zabił. I ciebie – dorzucił szybko, żeby mieć to już za sobą. Wypuścił powietrze. – I to wszystko.
Ku rozczarowaniu Fahada, Azam nie wyglądał na zdenerwowanego albo chociaż zaskoczonego. Niechętnie obrócił się od okna.
– Jak chciał cię zabić?
– Co to za pytanie? – Fahad się zirytował. – Chciał. Po prostu. Takim nożem, trochę tępym.
– Dość długim, rękojeść z kości, nieporęcznym?
– Skąd wiedziałeś?
Azam wzruszył ramionami i wrócił do gapienia się w okno.
– Też mi się to śniło.
– O.
Zapadło milczenie. Najwyraźniej temat został zakończony. Fahad otulił się szczelniej kocem, próbując nie dać się rosnącej irytacji i wilgoci. Przeklęty deszcz. Przeklęty Zielarz. Przeklęty Azam. Miał już ich wszystkich dość.
Zwłaszcza Azama.
– I co? – Nie wytrzymał. – Będziemy tak siedzieć i czekać, aż nas zadźga? Czy może raczej udawać, że to tylko sen?
– Mamy trzy wyjścia – odparł Azam powoli. Zgarbił się trochę, nadal patrząc w okno. Dziwna flegmatyczność w jego ruchach – Fahad mógł przysiąc, że wcześniej tego u niego nie widział – działała na nerwy. I niepokoiła. – Spierdzielać. Zabić znachora. Zabić znachora i dopiero wtedy spierdzielać.
– Albo dać się zadźgać.
– To nie jest wyjście.
– To świetne wyjście – parsknął Fahad. – Mój zdecydowany faworyt.
Absurdalność tej sytuacji przerosła standardy. Fahad zrzucił koc. Zrobiło mu się za gorąco, chociaż ręce nadal miał lodowate. Lodowate i spocone. Jak to się stało?
Zimne i mokre, mokre i zimne, zimne i mokre, jak dłonie nieboszczyka. Ciekawe, jakie dłonie ma nieboszczyk. Uściśnięcie dłoni nieboszczykowi musi być ciekawym doświadczeniem. Tylko wcześniej trzeba sobie zrobić nieboszczyka. Skąd wziąć nieboszczyka? Azam powinien wiedzieć, w końcu coś tam mówił o zabiciu kogoś tam, Fahad nie był pewien, chyba przestał uważać. Więc tak, Azam...
–...skąd wziąć nieboszczyka?
Azam go nie słuchał.
– Jesteś już w stanie utrzymać się w siodle?
Niespodziewanie Fahad poczuł złość. Jeszcze przed chwilą przed oczami przewijały mu się stada nieboszczyków, ławice nieboszczyków, nieboszczyk na nieboszczyku, każdy z natchnionym wyrazem twarzy i zimną, spoconą dłonią, a Azam po prostu...!
Co za brak zrozumienia!
– Nie wiem, czy zauważyłeś, ale jeszcze wczoraj nie byłem w stanie utrzymać kubka – Miał nadzieję, że brzmi bardzo jadowicie.
– Pytałem o jazdę wierzchem, nie o kubek.
Azam-jak-ja-cię-nie-znoszę.
– Nie. Nie, nie, nie i nie. Nie. Nie. Nie. Jeszcze coś?
Milczenie. Nie znoszę, nie znoszę, nie znoszę.
– Azam, jeśli nadal będziesz mnie ignorować, to zadźgam cię zanim zrobi to Zielarz.
– Powodzenia.
– Nie znoszę cię.
– Pierdol się.
– Nie mam z kim.
Fahad sam nie mógł uwierzyć, że to powiedział. Zakręciło mu się w głowie.
To ta pogoda.
– Poszukaj znachora.
W odpowiedzi Fahad zachichotał swoim najgłupszym śmiechem, który po chwili przerodził się w coś w rodzaju łkania. Azam nie zareagował. Okno musiało być bardzo interesujące.
Cisza stała się nie do zniesienia.
– Boli mnie głowa.
Milczenie.
– Azam, ze mną dzieje się coś niedobrego.
Milczenie.
– Pomóż mi. Proszę.
Fahad pomyślał, że jeśli Azam znowu nie odpowie, to – tak – weźmie ten nóż, co go dostał, i zrobi o, tak, w stronę swojego gardła i...
– Dobrze – Azam wstał tak niespodziewanie, że Fahad się wzdrygnął. Przeszyła go fala zimna. Tymczasem Azam wygrzebał z kieszeni malutki woreczek.
– Potrzebujemy czegoś do picia – Rozejrzał się. – Przykro mi, Fahad. Musisz zadowolić się deszczówką.
– Wszystko jedno. Co jest w tym worku?
Azam się zawahał, ale tylko na chwilę.
– To... to ci pomoże. To bardzo cenny pro... Hmm, no, coś w rodzaju... lekarstwa.
– Czy to rakh... rhak... Coś na r, w każdy razie? – Fahada nagle olśniło. – Zielarz o to pytał. Przedwczoraj. Czy mamy, skąd mamy, ile mamy.
– Wiedziałem, kurwa – mruknął Azam przez zaciśnięte zęby. Znalazł kubek i nalał tam wody.
– To co to jest?
– Rahkhai – Azam wypowiedział to z pięknym, gardłowym akcentem. Fahad westchnął z zazdrością. Też się nauczę. – Nieważne. Poczekaj, muszę się skupić.
Z aptekarską dokładnością odmierzył osiem malutkich, białych kryształków. Wyglądały zupełnie jak cukier. Rozpuściły się prawie natychmiast.
– Proszę – Azam podał mu kubek. – Pij.
– Co się ze mną stanie? – Fahad nieufnie przyjrzał się zawartości. Gdyby nie widział wrzucanych kryształków, mógłby przysiąc, że to zwykła woda.
– Nic szczególnego. Przestanie cię boleć, rozjaśni ci się w głowie, wyostrzą zmysły. Może poczujesz się trochę silniejszy.
– Brzmi wspaniale. A ty? Nie skorzystasz?
– Musiałbym zużyć cały woreczek – Azam się roześmiał. – Taka ilość już na mnie nie działa, Fahad, a przy większej nasilą się efekty uboczne...
Och, oczywiście.
– Wiedziałem, że jest haczyk. Jakie są te efekty?
– Nie bój się, po ośmiu kryształkach nie ma mowy o efektach ubocznych – Azam z trudem stłumił parsknięcie. – Ale nie mamy czasu. Wypij i się zwijamy.
Raz kozie śmierć.
I gdy tylko podniósł kubek do ust, tknęło go dziwne przeczucie, że to już kiedyś było. Kiedyś, gdzieś...
Może nie w tym życiu.
– Woda jak woda – stwierdził i otarł usta. – Po czym rozpoznać, że...
Naprawdę nie mamy czasu. Chodź.
Na zewnątrz nadal siąpił deszczyk, Zielarza nie było.
Osiodłanie koni zajęło im zaledwie kilka minut. Poprawiając strzemię Fahad stwierdził, że faktycznie – czuje się lepiej. Ręce miał suche i ciepłe.
– Jedź powoli, najlepiej kłusem – poinstruował go Azam. – Cały czas traktem. Dogonię cię.
– Co chcesz zrobić?
– Jedź.
Fahad poczuł, jak wokół jego żołądka zaciska się żelazna obręcz.
– Chcesz go zabić – wykrztusił.
– Jedź!
Klepnięty w zad koń ruszył truchtem. Fahad z całych sił starał się nie oglądnąć do tyłu.
Mimo wszystko.


NASTĘPNY ROZDZIAŁ już wkrótce

______________________________________________________________________
Tak, właśnie się dokonał fragment z perspektywy Azama! <3
(A już miałam zrezygnować)
W życiu się tak nie namęczyłam. Serio. Ten rozdział powstawał od lutego (sic!), dostał osobny folder na wszystkie wersje próbne i w ogóle masakra. Jestem dumna, że został prawie dokończony. Bo, tak, będzie jeszcze druga część rozdziału szóstego, poświęcona mordkom z Arendelle. Zastanawiam się, czy na razie nie przyjąć takiej formuły: rozdziały dwuczęściowe, raz z Hansem, raz z Arendelle. Co myślicie?
Za wszystkie niedociągnięcia przepraszam. Ten rozdział tak mi się opatrzył, że nawet po ponad tygodniowym leżakowaniu nie byłam w stanie zbyt dużo poprawić.
Chciałam jeszcze bardzo Wam podziękować za komentarze. Bez nich bym tego nie skończyła, więc: DZIĘKUJĘ!

13 komentarzy:

  1. AAA!!! To jest genialne! Kocham po prostu kocham to opowiadanie... A ta dwójka... Boże nie zdziwiłbym się jakby to zakończyło się ich romansem hahaha!
    No a wracając. To cieszę się, że w końcu coś się zadziało na blogu i mam wielką nadzieję, że będzie tak dalej.
    Sen Hansa hmm... no powiem Ci że wyśmienicie to wszystko opisałaś. Tak, że sam nie wiedziałem o co chodzi ale koniec końców, wraz z rozdziałem wszystko staje się bardziej klarowne.
    Ciekawy jestem co zamierza Azam... (nie tylko w tym momencie ale i cała ta jego podróż z Hansem) no i jak to sie wszystko potoczy.
    Co do pomysłu na dwuczęściowe rozdziały, to jestem jak najbardziej za. Może Ci to bardzo ułatwić i przy tym nam. No a jeśli za tym idzie dwa razy więcej wpisów to już w ogóle niebo :D
    Pozdrawiam i czekam na kolejną część :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Azam i Fahad jako wątek romantyczny? XD Boru, to by było ciekawe.
      (Amira by mi wydrapała za to oczy)

      Opisanie tych majaczeń Hansa powstało najwcześniej (w lutym, hehe), najszybciej i przetrwało prawie bez zmian. No, doszedł starzec. Czuję się mocna w pisaniu nieprawdopodobnych sytuacji D:

      Cieszę się <3

      Tak sobie myślę, że jeśli wątki z Arendelle będą miały więcej przestrzeni, to pozytywnie wpłynie na ich odbiór. I w końcu będę miała okazję zająć się Kristoffem, który na razie został potraktowany po macoszemu.

      Bardzo dziękuję za komentarz! :) Czuję się zmotywowana do pisania bardziej regularnie.

      Także pozdrawiam!

      Usuń
    2. Tak nie wiem czy o tym mówiłem, więc napisze tu. Jeśli chodzi o wątek Arendelle to strasznie zaintrygował mnie wróżbita z - jeśli dobrze zrozumiałem - magią ognia. Czy będzie coś więcej z nim?
      No i myślę, że masz rację. Taki układ pozwoli jeszcze bardziej rozwinąć się wątkowi naszego ''Flipa i Flapa'' :D i rozwinąć skrzydła Arendelle ;)

      Usuń
    3. Pachnie trochę jak spoiler, ale tak: wróżbita jeszcze będzie. :D
      Dziękuję bardzo, że o tym wspominasz, bo dotychczas myślałam, że może za mało charakterystyczny był i dlatego nikt go nie zauważył ;)

      Usuń
    4. No co Ty jest świetną postacią. Najbardziej tajemniczą i intrygującą chyba. Tym bardziej cieszę się, że się pojawi ;)

      Usuń
  2. W kilku słowach: Łosiu, wybaczysz mi, jeśli doczytam i skomentuję za czas bliżej nieokreślony? Gorączka nie pomaga w rozumieniu tekstu. W każdym razie spodziewaj się bardziej treściwego komentarza w bliżej nieokreślonej przyszłości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powtarzam się. Zresztą nieważne, ja się chyba glebnę zaraz na łóżko.

      Usuń
    2. Łączę się w bólu, też jestem chora :')
      Ja Ci nie wybaczę, tylko się rozpłaszczę w podziękowaniach za poświęcenie mi czasu. Zdrowiej <3

      Usuń
  3. Jestem i żałuję, że dopiero teraz!
    Przeczytałam rozdział wczoraj, jak wróciłam do domu, co może nie było najlepszym pomysłem, bo mało co już kojarzyłam, ale nie mogłam się powstrzymać.
    Moja ulubiona część to hansowe schizy, bo ja w ogóle uwielbiam schizy - czytać i pisać, bo przeżywać to już może niekoniecznie. Nie dość, że sam pomysł strasznie mi się podoba, to zachwyca mnie jeszcze sposób, w jaki zostały opisane, bo był taki... inny od reszty opowiadania i rozdziału w ogóle, świetnie odcinały się na jego tle, sprawiały wrażenie odrealnionych, ale jednocześnie jestem w stanie uwierzyć, że on czuł się, jakby to wszystko działo się naprawdę, takie było wyraźne i jaskrawe... Czy ja już bredzę? xD
    Postać Azama wciąż bardzo mi się podoba, to akurat zostało bez zmian, ale interesuje mnie za to coraz mocniej. Lubię postacie, które nie są zbyt wylewne i gadatliwe, intrygują mnie, bo dłuższe milczenie jest dla mnie rzeczą niepojętą xD
    To nie zajmuje tutaj specjalnie wiele miejsca, ale pragnę się odnieść - jak ja kocham wstawki geograficzne! Zawsze i wszędzie, własny europodobny świat działa w moich oczach na korzyść opowiadania, wymyślanie języków od nazw regionów itd., cudeńko ♥
    (Swoją drogą googlując rahkhai, tak z ciekawości, dostałam się na Bionicle Wiki... ale nie przypuszczam, żeby to stanowiło tutaj inspirację? xD)
    I ja tam bym wolała mieć i długie, i częste rozdziały... ale wiem, że z tym bywa naprawdę ciężko, więc jestem na TAKTAKTAK dla podziału, zwłaszcza, że rzucił mi się w oczy jeden z komentarzy - i jeszcze raz TAKTAKTAK dla większej ilości Kristoffa! ♥.♥
    (Oby wkrótce xD)
    Czekam niecierpliwie! :D
    [lodowy-wierch]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak mi głupio, że odpisuję z takim ogromnym opóźnieniem. Wstyd i hańba :c

      Tym wyznaniem poczułam się tak skomplementowana, że nie masz pojęcia <3 Dziękuję!

      Miałam mnóstwo zabawy z opisywaniem zawartości głowy Hansa. To było takie pisanie luźnym tokiem skojarzeń (do soundtracku z Wiedźmina XD), zupełnie abstrakcyjna sytuacja i nikt mi nie zarzuci, że tak nie powinno być, bo to majaczenia w gorączce przecie. I jedynym problemem była ta kompletna dowolność, bo w pewnym momencie nie mogłam się zdecydować między uroczo nierealną scenką z gadającymi kwiatkami i zwierzątkami zmieniającymi się potem w jakieś monstra a pjur kripizmem w postaci starca.

      Ojej. <3 Ogarnięcie Azama jest dla mnie najtrudniejszym zadaniem zaraz po Elsie i po wypoceniu jego sceny byłam już pewna nieodwołalnego spsucia postaci (zaczęłam robić plany, jak go ratować w następnych rozdziałach, ale cii). Więc tym bardziej: danke, danke, danke! Ulżyło mi :)

      Starałam się :D Kiedyś pojawi się jeszcze mapa, ale na razie mnie to przerasta.
      Z tym kastylijskim jest tak, że to właściwie hiszpański, czy raczej: jak mówisz hiszpański, zazwyczaj masz na myśli kastylijski. I są kontrowersje na tym tle. Pamiętam, że na przykład w Katalonii nikt nie mówił „hiszpański” – „espanyol”, tylko „kastylijski” – „castellà”. Trochę się zastanawiam, czy tego nie poruszyć, więc wolę mieć na wszelki wypadek przygotowany grunt :)

      O nie, jak to? XD

      Też bym chciała i długie, i częste :')
      Niestety na razie moja organizacja czasu opiera się na dylematach w rodzaju „zawalić historię czy zawalić polski?” albo „zawalić wszystko czy iść spać?”, o pisaniu czegokolwiek poza wypracowaniami nie wspominając. Ale pracuję nad tym!
      ...naprawdę!
      Kristoff musi w końcu wrócić na pierwszy plan, a w każdym razie na pierwszy plan przy Arendelle. Brakuje go, no.

      Bardzo Ci dziękuję za ten komentarz <3 Tak mi teraz miło i ciepło na serduchu, że aż nie wiem, jak to wyrazić.

      W takim razie do zobaczenia pod następnym rozdziałem :D

      Usuń
  4. Nastał czas, bym się wypowiedziała. Choroba mi przeszła i pojawiła się chwila czasu. Miszczu, ucz mnie! Prawdę mówiąc to tak właśnie jest - dzięki Tobie dużo się już nauczyłam i wciąż uczę.
    Rozdział, tak? Miało być o rozdziale, a ja zaczęłam o czym innym. Nie wiem za bardzo, co powiedzieć. Na początku miałam niezły mindfuck i zastanawiałam się, czy czegoś nie pominęłam, ale wkrótce chyba ogarnęłam. Hans-nie-Hans i jego problemy z psychiką - kocham. Azam - kocham Wszystko kocham, nawet jeśli z Frozen ma to niewiele wspólnego. ;) No i cieszę się, że udało Ci się w końcu ten rozdział napisać. Serio jakoś nie mam nic do dodania. A tak chciałam dać jakiś superhipermegawypierdaczasty w gwiazdy zwalający z nóg komentarz... W każdym razie jest (jak zwykle zresztą) świetnie, a ja sobie tu będę zaglądać i monitorować bieg wydarzeń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz? Nie mam nawet co krytykować. Eh, może na Wattpadzie znajdę coś do krytyki.

      Usuń
    2. Rozpływam się teraz.
      Tak się cieszę, i w ogóle, i taka duma, i...!

      Mam nadzieję, że z czasem to będzie jednak-bardziej-Hans-niż-nie-Hans, bo jeszcze trochę i wieczny nieogar stanie się jego cechą permanentną ;D Tak być nie będzie!
      Ja wiem, że się powtarzam, ale za każdym razem, gdy ktoś pisze, że Azam nie jest takim bucem, to jakoś poprawia mi się humor ;)

      A to przecież fanfiction miało być D: Co poszło nie tak?

      Dziękuję, dobry człowieku <3
      (Dla mnie każdy komentarz jest zwalający z nóg! <3)

      Usuń

Za każdy komentarz wielka, mentalna czekolada! :)